Moje życie we Włoszech w samym środku pandemii Korona wirusa

…jestem szczęśliwą kobietą, żoną, mamą 2 dzieci, prawie 19 letniej Julii i prawie 9 letniego Gabriela. Podążam za tym, co mnie fascynuje, jestem fotografem miłości. Realizuję fotografię ślubną na terenie Włoch.

Od prawie 17 lat mieszkam w okolicach Bergamo, w urokliwej wiosce pomiędzy górami. To tu jest nasze miejsce na ziemi, tu jest nasze wszystko. Bez względu na jakąkolwiek sytuację, prawdopodobnie nigdy nie zmienię swojego zdania.

21 lutego w naszych okolicach odnotowano pierwszy przypadek korona wirusa.

Obecnie –  16 marca – mamy 3760 zarażonych w województwie Bergamo, 23.073 w całej Italii, 2.158 osób zmarło. Szpitale są wypełnione po brzegi, kostnice nie mają miejsca, by przyjąć kolejne ciała.

 

KONFRONTACJA – inaczej zderzenie

…konfrontacja z tym, co dzieje się dookoła nie była łatwa. Nikt na takie momenty nie jest gotowy. Nie ma mowy o natychmiastowym pogodzeniu się z taką sytuacją. 

To proces.      

Przeszliśmy kilka etapów, by na nowo zacząć “normalnie funkcjonować”.

 

BUNT – inaczej protest

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o korona wirusie myślałam, że niekoniecznie to mnie dotyczy. Nawet jeśli dotrze on do Europy, to poradzimy sobie. Kraj, w którym mieszkam ma świetne szpitale, wspaniałą opiekę zdrowotną, najlepszych lekarzy…

Po kilku tygodniach wirus był już w Italii, w dodatku nieopodal miejsca, w którym żyjemy.

Pomyślałam sobie: akurat teraz !? Byłam rozgoryczona.

Szkoły zostały zamknięte właśnie wtedy, gdy miałam najwięcej pracy przed rozpoczynającym się wkrótce sezonem ślubnym. Moja lista rzeczy do zrobienia na kolejne tygodnie była wypełniona po brzegi. Czułam złość i żal do całego świata. Nie byłam w stanie realizować zadań, które miałam zaplanowane na ten tydzień, moim największym problemem było… kiedy to nadrobię ?!

Tak drastyczne zmiany, jak zamknięcie szkół i odwołanie wszystkich publicznych wydarzeń, sprowokowały mnie, by dowiedzieć się więcej, o co naprawdę chodzi z tym korona wirusem? Lubię konkretne informacje, zaczęłam sprawdzać oficjalne statystyki. To, co  obserwowałam przez kolejne dni nie było dla mnie do ogarnięcia. Z dnia na dzień negatywne wyniki prawie podwajały się: z 30 zarażonych na 60, z 25 zgonów na 50 w następnej dobie. Parę dni później 170!  Wiek zarażonych zmieniał się obejmując coraz młodsze osoby. W niewielkim miasteczku obok, tylko w ciągu dwóch tygodni, na korona wirusa zmarło 70 osób (to, tyle co w ciągu ostatniego całego roku w tym miejscu!).

Dobijające były wiadomości, że ktoś kogo znam odszedł. Zostawił rodzinę, bo nie dał rady dłużej oddychać. Prawdziwym przełomem był dla mnie dzień, w którym umarła moja sąsiadka.

Korona wirus oficjalnie był w mojej wiosce (w najpiękniejszym miejscu na ziemi, pomiędzy wysokimi górami Orobie Bergamasche).

Poczułam – w dosłownym tego słowa znaczeniu – oddech wirusa na moich plecach.

Właśnie wtedy zaczęliśmy podejmować konkretne działania.

ODPUSZCZENIE- inaczej rezygnacja

Najważniejsza zasada na ten moment to: nie wychodzimy z naszej posesji. Dla nikogo nie było to łatwe. Dotychczas większość naszego wolnego czasu spędzaliśmy na zewnątrz. I nie chodziło tu o rezygnację z porannej kawy w barze obok, ze spotkań ze znajomymi, z wyjścia na pizzę, w góry czy na spacer, ale o zrezygnowanie z pracy, zamknięcia na jakiś czas firmy.

Zostawienie swoich największych pasji, mój mąż od wielu lat jest biegaczem (tylko w 2019 r. przebieg prawie 1800 km), regularne treningi to bardzo ważny element jego życia, który w tym momencie przestał być istotny. Niewychodzenie z podwórka oznaczyło, że nasza 19-letnia córka, zakochana „po uszy”, nie może w tym momencie spotykać się ze swoim chłopakiem.

Nie było przestrzeni, by robić to, co się chce, co się lubi, to, do czego dążyliśmy i na co pracowaliśmy przez ostatnie miesiące. W tym momencie to wszystko nie miało dla nas najmniejszego znaczenia.

Najważniejsze stało się dla nas przetrwanie.

Trzymanie się jasno określonych reguł, zasad, dobra organizacja i dbanie o siebie pozwalają nam iść do przodu każdego dnia w tej surrealistycznej sytuacji.

To tylko tyle i aż tyle!

PLAN – inaczej harmonogram

Rytm dnia pomógł nam znowu żyć “normalnie”. Każdy dzień witam z uśmiechem. Zaczynamy od świeżego soku z cytryny, imbiru i witamin, by wzmocnić naszą odporność. Następnie przygotowujemy się do pracy, jemy śniadanie, pijemy kawę i ruszamy!

Do obiadu każdy z nas ma swoje obowiązki. Julia – lekcje online, na żywo ze swoją klasą (w tym roku przygotowuje się do matury, więc jest sporo do ogarnięcia).

Gabriel odrabia lekcje. Dzieci z podstawówki otrzymują różnego rodzaju materiały edukacyjne: audionagrania, filmy, materiały do druku (dzięki temu śledzą program na bieżąco).

To też mój czas pracy. Nawet jeśli w tym momencie świat się zatrzymał, wierzę, że zaraz ruszy i chcę być gotowa! Mąż ma w końcu czas, by zająć się rzeczami, na które tak trudno było mu znaleźć przestrzeń w dotychczaswym trybie życia.

 

Po pracy wspólnie przygotowujemy obiad. Jemy to co jest, bez zbędnych fanaberii.

Tak, jak napisałam wcześniej, naszym priorytetem jest niewychodzenie z posesji. Każde wyjście do sklepu to dla nas obawa, że możemy zarazić się wirusem lub przetransportować go do domu. Żywnością, którą mamy dysponujemy w taki sposób, by wystarczyła na jak najdłużej. Do sklepu jeździ tylko mój mąż. Zasada jest taka, by robiła to najbardziej odporna osoba w rodzinie i tylko w tedy, jeśli naprawdę  N I C  już nie mamy. Bezpieczeństwo podczas wizyty w sklepie jest najważniejsze. Po powrocie natychmiastowo prane są wszystkie ciuchy i buty, mąż bierze prysznic, spirytusem przecieramy wszystkie klamki i klucze.

 

Po obiedzie pijemy kawę i to wtedy zaglądamy po raz pierwszy do mediów. Sprawdzamy statystyki, by być na bieżąco z informacjami. Nawet jeśli przestaliśmy wierzyć w cudowną szczepionkę czy magiczny lek, staramy się śledzić doniesienia, by wiedzieć, w jakim jesteśmy punkcie.

Jesteśmy realistami. (Do mediów zaglądamy dopiero po obiedzie, unikamy czytania informacji od razu po przebudzeniu i przed zaśnięciem. Strasznie rozwalało to nasz system nerwowy. Trudno zasnąć czy robić cokolwiek, gdy jest się przytłoczonym wszystkimi tymi informacjami). 

Omawiamy obecną sytuację i ruszamy na podbój popołudnia. Ten czas spędzamy razem, często w ogródku. Jeśli kiedyś myślałam, że na coś nie mam czasu, to teraz nastał odpowiedni moment, by to zrobić. Przesadzamy rośliny, robimy prace porządkowe. Jeśli pada przedosimy się do środka. W każdym domu są przecież schowki, które latami czekają na uporządkowanie, staramy się ogarnąć różne przestrzenie.

To też czas na kreatywne działania dzieci.

Po południu wzmacniamy swoją odporność przegryzając suszony imbir a nieco pózniej serwujemy wszystkim chleb z czosnkiem. W tym momencie nikogo nie interesuje detal, jakim jest nieprzyjemny zapach z ust. Koncentrujemy się na przetrwaniu.

Przed kolacją próbujemy dobrze spożytkować energię i ćwiczymy. Zebraliśmy w sypialni wszystkie nasze sprzęty sportowe i stworzyliśmy tutaj prowizoryczna siłownię. Nawet, jeśli nie przepadałam za tego typu zajęciami, to bycie z moimi bliskimi, choćby skoki na skakance i wygłupianie się, daje mi w tym momencie ogromną ilość energii i radość.

Przygotowujemy wspólnie kolację a potem czas na relaks. Praktycznie robimy to, co do tej pory: gramy w planszówki, rozmawiamy, jesteśmy uważni na siebie, czytam książki i słuchamy podcastów.

Jeśli jesteśmy przytłoczeni aktualną sytuacją, oglądamy komedie na Netfiksie, to dla nas świetny środek na poprawę humoru.

W niedzielę dajemy sobie więcej swobody. Nie ma szkoły, nie ma pracy, jest czas na odpoczynek, na to by robić to, co się lubi, na kreatywne działania.

Każdego dnia przed zaśnięciem myślę, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty. Że to był kolejny cudowny dzień i jeśli będziemy w ten sposób kontynuować, to wszystko skończy się dobrze.

PODSUMOWANIE – moje wnioski

Wszystko, co robimy jest podporządkowane temu, by bronić się przed wirusem. Równie ważne jest dla nas to, by czuć się bezpiecznie w tej absurdalnie niepewnej sytuacji.

Wystarczy przeczytać historie korona wirusa w Chinach, by zrozumieć że, nie było tam cudów, epidemia sama się nie uspokoiła. Sytuacja zmieniła się, gdy ludzie przestali całkowicie wychodzić z domu!

Tak długo, jak inni będą się przemieszczać, tak długo korona wirus będzie istniał.

Odpowiedzialne decyzje i konsekwencja w ich przestrzeganiu są kluczem do przetrwania.

Lekarze, pielęgniarki, studenci, wolontariusze każdego dnia zostawiają swoje dzieci, rodziny, które umierają ze strachu w obawie o ich życie, by troszczyć się o chorych, by ratować, innych ryzykując przy tym swoje zdrowie.

Tylko w szpitalu w Bergamo, w tym momencie, 50 lekarzy jest zarażonych, kilku zmarło. Nie zmienia to jednak faktu, że personel medyczny cały czas pracuje, walcząc o kolejny oddech swoich pacjentów.

W tej sytuacji nie ma przestrzeni na nieodpowiedzialność, to sprawa nas wszystkich.

                                                                                                 Kasia Fijolek Piwek

 

Kasia Piwek jest fotografem miłości, pracuje (kliknij by zobaczyć stronę) i mieszka z rodziną w północnych Włoszech.